Project Make - A - Dent, czyli jak zużywam kolorówkę #1

31 maja 2014 29 komentarzy
Pewnie każda blogerka zna ten ból, ktoś kusi cudowną recenzją kolejnego pudru, czy bronzera, zakochujemy się w tym produkcie od pierwszego wejrzenia, czujemy, że musimy mieć ten kosmetyk, a tu kosmetyczka pęka w szwach. Odkąd prowadzę blog, ale także odkąd oglądam kanały na YT, oraz Wasze blogi, co chwilę choruję na nowy kosmetyk. O ile zużywanie pielęgnacji "jakoś" mi idzie, o tyle nie pamiętam kiedy na prawdę zużyłam do końca jakiś kosmetyk z kolorówki. I z tym problemem ma pomóc "Project Make A Dent".  O tym projekcie dowiedziałam się z bloga Science Women. Celem projektu jest korzystanie w pierwszej kolejności tych produktów do makijażu, które mamy najdłużej, chcemy w końcu się ich pozbyć. 

Teraz należy wybrać kosmetyki, które chcemy jak najszybciej wykończyć. Później będę dawała Wam znać na bieżąco jak mi idzie korzystanie z poniższych produktów.


Wybrałam:
  • Miss Sporty, Studio Colour, Mono Eye Shadow 110 Sense
  • Rimmel, Stay Matte, pressed powder- 006 warm beige
  • Miss Sporty, Liquid concealer, 01 Light
  • Lovely, Curling pump up mascara
  • Miss Sporty, Ohh! blushed again, 006 Flirtatious
  • Rimmel, Waterproof gel eyeliner
  • Avon, True colour, healthy glow
  • Miss Sporty, Perfect Colour Lisptick, 020 Strip tease 

Jak widzicie Miss Sporty przeważa w tych kosmetykach. Od nich zaczynałam moją przygodę z makijażem. Mimo, że są chyba najtańsze, to jednak z niektórymi produktami na prawdę się polubiłam, o czym już zdążyłyście się przekonać. Od bardzo dawna mi towarzyszą w codziennym makijażu, i już dawno powinny się skończyć ;-)

Zachęcam Was do wzięcia udziału w tym projekcie, który pomoże Nam w zużyciu kolorówki, a także ograniczy w pewnym sensie kupowanie nowych, zbędnych produktów. Nagrodą za ukończenie z sukcesem tego projektu na pewno będą owocne zakupy ;-) 

W komentarzu podajcie link do Waszego postu, chętnie opublikuję go, że wspieracie akcję!

Fioletowe ombre na paznokciach #2

27 maja 2014 28 komentarzy
Fioletowe ombre na moich paznokciach po raz drugi. Tym razem w innej wersji. Spodobał mi się pomysł pomalowania każdego paznokcia w innym kolorze, z tej samej gamy. Efekt powstał jak na zdjęciach poniżej. Moim zdaniem świetna opcja na lato i osób, które nie umieją się zdecydować na jaki kolor pomalować paznokcie. 





Użyte lakiery (w kolejności od kciuka)

  • Essie To buy or not to buy
  • MIYO 120 Lil girl
  • Maybelline Colorama 86
  • Eveline Colour Instant 630
  • Miss Selene 208

Farmona: Sweet Secret- Migdałowy peeling do pielęgnacji ciała- słodkie trufle i migdały

23 maja 2014 29 komentarzy
Produkt Farmona: Sweet Secret- Migdałowy peeling do pielęgnacji ciała- słodkie trufle i migdały dostałam od męża, tak więc sama go nie wybierałam. Lubię testować wszystko, o każdym zapachu, więc się ucieszyłam z prezentu. Kiedy na reszcie wyciągnęłam ten peeling z zapasów, miałam bardzo ciężki dzień. O jednej rzeczy jakiej marzyłam to ciepła, relaksująca kąpiel, takie moje domowe SPA. 



OPAKOWANIE:

Peeling zamknięty jest w dość dużym słoiku, produkt był zabezpieczony folią aluminiową, więc miałam pewność, że nikt go nie próbował w drogerii. Lubię tego typu opakowania, bo mam pewność, że zużyłam produkt do końca, choć wiem, że niekoniecznie jest ono higieniczne. Estetyka opakowania jest całkiem przystępna, na pewno zwolenników słodkości kusi swoim wyglądem.

KONSYSTENCJA / APLIKACJA / ZAPACH:

Na pewno na uwagę zasługuje tutaj zapach, który jest dość intensywny, słodki, przyjemny. Rzeczywiście peeling ten pachnie truflami i migdałami. Gdy go otwierałam pierwszy raz nawet nie zwróciłam jaki zapach deklaruje producent, ale właśnie taki wyczułam. Osobiście gdy sama wybieram kosmetyk, to gustuję w świeżych, owocowych zapachach, ale ten mi nie przeszkadzał. Konsystencja tego peelingu była dla mnie za rzadka. Po nabraniu, produkt przecieka przez palce. W delikatnej galaretce zatopione były dość ostre drobinki peelingujące. Niestety owych drobinek za wiele nie było. Aplikacja ze względu na konsystencję była dosyć utrudniona.


DZIAŁANIE / EFEKTY:

Jeśli chodzi o zapach, to na pewno wielu osobom się spodoba. Producent zapewnia, że "wyjątkowo apetyczny, zniewalająco słodki zapach uwalnia od stresu, wycisza i relaksuje, wprowadzając w stan ogólnego odprężenia i zadowolenia". Muszę przyznać, że jest to prawda. Tak jak wcześniej wspomniałam, użyłam go pierwszy raz po ciężkim dniu, a po użyciu tego kosmetyku na prawdę na chwilę zapomniałam o problemach. Jeśli chodzi o działanie peelingujące jest ono słabe. Drobinek jest niewiele, są ostre, ale bardzo małe. W zasadzie efekt jest taki sam, jak po myciu jakimś żelem pod prysznic z drobinkami, czyli prawie żaden. Jeśli ktoś lubi zdzieraki, peelingi, które usuwają martwy naskórek to Farmona: Sweet Secret- Migdałowy peeling do pielęgnacji ciała- słodkie trufle i migdały się kompletnie nie sprawdzi. Owszem- przyjemny produkt jako prezent, uprzyjemniacz czasu, jednak nie spełnia swojego głównego zadania.

WYDAJNOŚĆ / CENA / DOSTĘPNOŚĆ:

Niestety ze względu na dość rzadką konsystencję produkt jest niewydajny. Płakać z tego powodu nie płakałam. Nie jest drogi, myślę, że na każdą kieszeń, około 12 zł za 225 ml. Dostępny w każdej drogerii i supermarketach.

PODSUMOWANIE:

- poręczne, wygodne opakowanie
- za rzadka konsystencja
- zbyt słabe działanie peelingujące
- ładny, słodki zapach
- niewydajny
- tani
- łatwo dostępny 

Makijaż dzienny niecodzienny

21 maja 2014 27 komentarzy
Przedstawiam Wam propozycję makijażu na dzień, gdzie główną rolę odgrywa Maybelline Color Tattoo 40 Permanent Taupe. Pewnego dnia odważyłam się położyć ten cień na całą powiekę i zakochałam się w efekcie. Wykonanie tego make up'u jest dosyć proste i szybkie, ponieważ nie musimy używać już bazy. Sporo osób tego cienia używa do wypełniania brwi, dla mnie ma zbyt chłodny odcień, aby pasował mi do brwi. 




Użyte kosmetyki:

- podkład: Max Factor, Smooth Effect Foundation 50 natural

- puder: Rimmel, Stay Matte 006 warm beige

-róż: Miss Sporty Ohh! Blushed again...-006 Flirtatious

-bronzer- W7 - Honolulu

-cień : Maybelline Color Tattoo 40 Permanent Taupe

-tusz: Lovely Curling Pump up

-usta: Essence Stay with me - 03 Candy bar

Moje ulubione seriale w kategorii: obyczajowy / dramat

18 maja 2014 27 komentarzy
To nie będzie typowy ranking. Po prostu zaczynam pisać serię o serialach, które oglądam bądź oglądałam. O serialach, które obejrzałam z zapartym tchem od pierwszego do ostatniego odcinka, bądź o takich, które owszem zaczęłam oglądać, ale gdzieś po drodze je porzuciłam. Na liście oglądanych seriali mam około 40, więc będzie się działo. Jeśli jesteś serialomaniaczką tak jak ja, to zapraszam, ale nie biorę odpowiedzialności za Twoje nowe uzależnienie. 

1. GREY'S ANATOMY- CHIRURDZY 

Gatunek serialu: medyczny, obyczajowy, dramat

Źródło


Tak, zdecydowanie to jest mój ulubiony serial, w ogóle, nie tylko w tej kategorii. Zaczęłam go oglądać będąc jeszcze na studiach, podczas wakacji. Śmiałam się i płakałam. Żaden serial do tej pory nie wzbudził we mnie tylu emocji naraz. Dla mnie to arcydzieło wśród seriali. Dlaczego? Dlatego, że ten serial nie zawsze kończy się dobrze. W zasadzie to przeważnie kończy się źle. Pacjenci przeważnie umierają (takie jest życie), ale lekarze robią co mogą. Są chwile grozy, często główni bohaterowie także są pacjentami, którzy walczą o życie. Gdybym miała jednym słowem podsumować ten serial: zaskakujący. I to w nim uwielbiam najbardziej. Przypadki, z którymi muszą zmierzyć się młodzi lekarze są nieprawdopodobne i bardzo ciekawe. Główni bohaterowie są często poddawani wielkim wyzwaniom, stają przed trudnymi wyborami życiowymi. 

2. DESPERATE HOUSEWIVES - GOTOWE NA WSZYSTKO

Gatunek serialu: dramat, komedia obyczajowa


Źródło

Ten serial zaczęłam oglądać jeszcze w liceum, kiedy był emitowany przez Polsat (bardzo dawno temu). Rzucałam wtedy wszystko, aby tylko móc obejrzeć odcinek. Uwielbiam ten serial za barwne postaci, każda jest zupełnie inna. Łączy je niezwykła więź jaką jest przyjaźń. Bardzo zabawne dialogi, które także często przybierają bardzo poważny charakter. Każdy sezon posiada własny główny wątek kryminalny. Serial ten opowiada o historii przyjaciółek, sąsiadek, gospodyń domowych. Co jeszcze je łączy, na pewno mroczna zagadka.

3. THE GOOD WIFE - ŻONA IDEALNA

Gatunek serialu: dramat sądowy

Źródło


Żona idealna, to taka, która po publicznej kompromitacji jaką zafundował jej mąż, jest w stanie dalej trwać u jego boku i pomagać przy kampanii wyborczej. Jednak postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i po 13 latach wraca do pracy jako pani adwokat. Dlaczego lubię ten serial? Bo tak samo jak powyższe jest zaskakujący. Bohaterka nie ma przed sobą łatwych wyborów, nie postępuje tak, jak ja bym postąpiła. Sprawy sądowe jakimi się zajmuje są bardzo ciekawe, trudne do rozstrzygnięcia. Ten serial przede wszystkim nie jest nudny, sporo się dzieje. Czy główna bohaterka jest dobrą żoną? To Ty musisz sobie odpowiedzieć na to pytanie. W tym serialu nie zawsze białe jest białe. 

4. SEX AND THE CITY - SEKS W WIELKIM MIEŚCIE

Gatunek serialu: obyczajowy

Źródło



Ten serial oglądałam także jako licealista, w dodatku po kryjomu, o dość późnych porach. Drugi raz (już w pełni) obejrzałam na drugim roku studiów, jednym tchem. Myślę, że nie jest to serial dla osób pruderyjnych. W dość rozwiązły sposób przedstawia to, co inni łączą tylko z miłością. Dla mnie to świetna komedia, którą nie trzeba brać na poważnie. Pokazuje miłość do mody, jak brać z życia ile się da. Oglądając ten serial nie będziesz się nudzić, ponieważ rozbawi Cię do łez. Świetne stroje i świetna obsada, cóż więcej chcieć?

5. THE L WORD - SŁOWO NA L

gatunek serialu: dramat obyczajowy

Źródło


Ten serial nie obejrzałam do końca, choć zapewne jeszcze do niego wrócę. Serial ten porusza dość kontrowersyjny temat, a mianowicie LGBT. Główne bohaterki tego serialu są lesbijkami, są przyjaciółkami. Serial ten pokazuje, z czym musi na co dzień zmierzyć się kobieta, która kocha inaczej. Jak ludzie łatwo osądzają, że nie jest łatwo wyzbyć się stereotypów i że ludzie zawsze będą się wtrącać, jeśli jesteś inny. Główne bohaterki szukają ciepła, miłości, pragną stworzyć dom. Serial ten może nie jest super wciągający, ale zapewne otwiera oczy na pewne sprawy, można go także oglądać z przymrużeniem oka. Jest zapewne inny, niesztampowy. 

Zaciekawiłam kogoś? Zainspirowałam? A jaki jest Twój ulubiony serial w tej kategorii?

Clinique Superdefense SPF 25 Age Defense Moisturizer / dry combination

16 maja 2014 16 komentarzy
Mniej więcej rok temu wybrałam się na pierwsze zakupy po porodzie, dalej niż dwa kroki od domu. Generalnie te zakupy były dość mocno zaplanowane, z konkretnym celem, no bo musiałam się streszczać i wiedzieć co chcę, inaczej cycki od pokarmu by mi eksplodowały. Poza tym to były pierwsze zakupy mojej (wtedy miesięcznej) córki. Jeszcze nie wiedziałam, że moje dziecko jest niezwykle kulturalne i nie przeszkadza innym, zwłaszcza mamie na zakupach. W Douglasie kupowałam 3 kroki Clinique, i zupełnie przez przypadek (albo hormony uderzyły mnie w głowę) wzięłam do kasy jeszcze Clinique Superdefense SPF 25 Age Defense Moisturizer. Cena mnie nie wzruszyła, na sobie oszczędzać nie będę, zwłaszcza, że urodziłam dziecko, helloł. W domu oprzytomniałam i zaczęłam obchodzić się z tym kremem jak z jajkiem.


OPAKOWANIE:

Krem zamknięty jest w szklanym słoiczku. dzięki temu produkt zachowuje świeżość na dłużej. Opakowanie jest bardzo estetyczne i bardzo dobrej jakości. Nigdy nie miałam problemu z odkręceniem, czy zakręceniem. Krem chroni przed oddziaływaniem z zewnątrz dodatkowa zatyczka. Produkt ten możemy używać do 24 miesięcy od otwarcia, co moim zdaniem odróżnia ten krem od innych drogeryjnych kremów. 



KONSYSTENCJA / APLIKACJA / ZAPACH:

Po otwarciu na pewno zwraca na siebie uwagę zapach, który dla mnie nie należy do przyjemnych. Nie wiem jak pachnie (albo śmierdzi) zjełczały krem, ale mam wrażenie, że właśnie tak jak Clinique Superdefense SPF 25 Age Defense Moisturizer. Jednak nie jest to zapach intensywny, chemiczny, raczej naturalny, bez polepszaczy. Konsystencja tego kremu jest niezwykle aksamitna, gładka, trochę tłusta. Produkt ten aplikuje się bardzo łatwo i przyjemnie. Pozostawia on trochę lekko tłustą poświatę, ale szybko się wchłania. Krem jest bardzo treściwy i tłusty, idealny dla cery suchej, normalnej, która potrzebuje nawilżenia i natłuszczenia.


DZIAŁANIE / EFEKTY:

Producent obiecuje nam, że krem ma na celu walkę z czterema czynnikami postarzającymi skórę: słońcem, zanieczyszczeniami powietrza, czasem i stresem. A to wszystko w kremie nawilżającym. Ma też za zadanie przygotować skórę do walki ze skutkami stresu w przyszłości, oraz wzmocnić jej barierę ochronną. Zapobiega zmarszczkom i przebarwieniom. Moim zdaniem krem na pewno nawilża, i to całkiem nieźle. Co więcej, skóra zaczyna być elastyczna, jędrna i nie ma już tendencji do przesuszania, nawet zimą. Dobrze sprawdza się pod podkład, który się nie warzy się, ani roluje. Nawilżenie utrzymuje się cały dzień. Sporą zaletą tego kremu jest na pewno dość wysoki filtr SPF 25, rzadko spotykany w innych kremach do twarzy. Nie bieli cery, zostawia ochronny filtr, ale ledwo widoczny. Ja osobiście nie potrzebuje większej ochrony przed słońcem w warunkach miejskich, gdzie i tak większość dnia spędzam w pomieszczeniach.

Produkt ten nie wywołał u mnie żadnego podrażnienia, uczulenia. Nie zapycha, jest delikatny. Muszę przyznać, że ten krem działa długofalowo. Chroni, nawilża, a efektami cieszę się cały czas, nie tylko wtedy gdy go stosuję. Czy działa przeciwzmarszczkowo? Nie mam zielonego pojęcia, ale na pewno chroni przed słońcem, które w głównej mierze postarza.

WYDAJNOŚĆ / CENA / DOSTĘPNOŚĆ:

Wydajność tego kremu przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Na prawdę niewiele potrzeba produktu do posmarowania całej buzi. Moja cera obecnie nie wymaga specjalnego nawilżenia, więc spokojnie używam go co drugi dzień, a produktu nie ubywa. Krem kosztował mnie 229 zł za 50 ml (do tej pory nie mam zielonego pojęcia, dlaczego go kupiłam ;-)) Można dostać go w Douglasie, Sephorze, bądź w Clinique sklep online. 

PODSUMOWANIE:

Bardzo dobry krem, bardzo dobrej jakości opakowanie, natomiast nie uważam, że wart jest swojej ceny. Myślę, że sporo płacimy za markę. Gdyby ten krem kosztował około 100 zł na pewno bym go poleciła. Jednak cena tego produktu jest zawyżona, a ja z chęcią poszukam tańszego zamiennika. 

Maybelline- Color Whisper 130 Pink Possibilities

14 maja 2014 41 komentarzy
Podczas listopadowej promocji -40 % w Rossmannie kupiłam sporo  pomadek (jak na mnie), m. in. Maybelline- Color Whisper 130 Pink Possibilities. Szukałam wtedy kolorów, które będą mi pasować na co dzień. Na wizażu sporo dziewczyn chwaliło tą właśnie serię szminek Maybelline, dlatego długo stałam przed ich szafą, aby wybrać odpowiedni kolor. Ostatnio Rossmann też kusił promocjami, a ja właśnie polecałam Wam przyjrzeć się bliżej tym pomadkom. W dzisiejszym poście postaram się przybliżyć Wam, dlaczego warto mieć Color Whisper.


CENA / DOSTĘPNOŚĆ: w popularnych drogeriach ok. 28,70 zł

KOLOR: Sztyft charakteryzuje się dość intensywnym kolorem, wręcz neonowym. Ten kolor nazwałabym koralem, ale zdecydowanie ma więcej różowych tonów. Już podczas wypróbowania na ręce zauważyłam, że szminka ta jest pół transparentna. Owszem daje kolor, ale jest on "błyszczykowaty", nie intensywny. Co mnie ucieszyło, bo świetnie wygląda na dzień.



JAKOŚĆ: Pierwsze co przykuło moją uwagę to opakowanie. Jest cudne. Łechce moje oczy, zdobi moją toaletkę, wygląda dosyć wytwornie jak na szminkę z drogerii za ok. 30 zł. Zamykanie jest na klik, łatwo w torebce, czy kieszeni się nie otworzy. Jeśli chodzi o samą pomadkę, to bardzo łatwo i miło się ją aplikuje. Konsystencja serii Color Whisper jest miękka, gładka, niczym masełko, czy pomadka nawilżająca. Efekt jaki pozostawia na ustach, także mi się podoba. Usta wyglądają na nawilżone, brak podkreślonych suchych skórek. Jedynie czego mogę się doczepić to lekkie wchodzenie w załamaniach. Trwałość też nie jest powalająca, ale z racji miłej aplikacji, i delikatnego koloru, można poprawiać w ciągu dnia makijaż bez potrzeby lusterka. Jak już wspomniałam sztyft jest miękki, ale nie ma mowy o tandetnym rozstapianu się pomadki, tak jak w przypadku Wibo Eliksir. 

EFEKT: Kolor 130 Pink Possibilities na ustach jest dużo jaśniejszy niż sam sztyft. Niemniej jednak bardzo podoba mi się efekt jaki daje na ustach. Usta są soczyste, błyszczące, tak jak pomalowane błyszczykiem, natomiast nie kleją się. Szminka o tym kolorze idealnie nadaje się do dziennego makijażu, zwłaszcza w okresie wiosenno- letnim. Bardzo ożywia całość i dodaje uroku. 




Podsumowując:

-ładny, delikatny, świeży kolor
-gładka, miękka, żelowa formuła
-błyszczące usta
-nie przesusza ust
-świetnie się rozprowadza
-łatwo dostępna

Lubię i polecam!

Batiste kontra Isana- recenzja porównawcza suchych szamponów

12 maja 2014 38 komentarzy
Suchy szampon to zapewne wybawienie niejednej posiadaczki przetłuszczających się włosów. Ile razy zdarzyło Ci się tak, że kompletnie nie miałaś siły już na mycie głowy wieczorem (myśląc jakoś to będzie), a tu rano włosy wyglądały jakbyś spała w maselniczce? Mnie kilka razy na pewno. Często rano też nie miałam czasu, aby te włosy umyć, i musiałam się jakoś ratować fryzurami, ale i tak miałam wrażenie, że wszyscy gapią się właśnie na moje tłuste włosy. Dlatego jak tylko usłyszałam "suchy szampon" to wiedziałam, że to jest wybawienie dla mnie.



Przeglądając blogi, a także oglądając urodowe kanały na YT, ciągle ktoś wspominał o Batiste. Wszyscy zachwalali. Zapragnęłam, wpisałam na chciejlistę i czekałam, aż uda mi się gdzieś zamówić. Stacjonarne drogerie także kusiły suchymi szamponami, producenci prześcigają się i wychodzą klientom na przeciw. Żeby w ogóle spróbować co to znaczy "suchy szampon" wybrałam dobrze dostępną Isanę, miałam dwa opakowania, aż wreszcie udało mi się kupić w Hebe wcześniej wspomniane Batiste.

ISANA:

  • przedłuża świeżość włosów, włosy jeszcze przez kilka godzin wyglądają na świeże
  • tani produkt, dość często można znaleźć w promocji za ok. 5,99 zł, regularna cena to 10,59zł/ 200ml
  • dostępny w sieci Rossmann
  • średnio wydajny, używany regularnie wystarczy na góra miesiąc używania
  • dość specyficzny zapach, ale może się podobać (kwestia indywidualna)
  • czasem sprawia problemy z wyczesaniem, jeśli za dużo się go zaaplikuje w jedno miejsce

BATISTE:

  • pozostawia włosy świeże, świeżość utrzymuje się dłużej niż po Isanie
  • spory wybór zapachów, jeśli jeden zapach nam się nie spodoba, można szukać innego
  • są dostępne wersje dla osób o ciemnych włosach
  • sprawia mniejsze problemy z wyczesaniem niż Isana
  • droższy od Isany, cena to około 15 zł/ 200 ml
  • stacjonarnie dostępny w sieci Hebe
  • unosi włosy u nasady, dodaje włosom sporej objętości, i to jest spory plus, którym znacznie różni się od Isany

Podsumowując:

Isana jest tańsza i lepiej dostępna. Jest dobra w kryzysowej sytuacji. Jednak wolę Batiste, ponieważ nie tylko odświeża włosy na dłużej, lepiej się wyczesuje, a dodatkowo dodaje włosom sporej objętości. Dla mnie to jest niezwykły plus. 

Banan czy wanilia?- MIYO 117 Organic

10 maja 2014 37 komentarzy
Ostatnio pastele u mnie rządzą. Kolor, który dziś Wam przedstawię kupiłam kilka miesięcy temu, podczas wakacyjnego wyjazdu. Wtedy można było dorwać te lakiery w Netto, w bardzo niskiej cenie. Ja kupiłam sobie 3 buteleczki w ramach pamiątki. Jak tylko maluję sobie paznokcie tymi lakiery przypominam sobie udany wypoczynek.


 KOLOR:

Piękny bananowy odcień, innymi słowy bardzo rozbielony żółty kolor. Myślę, że można także nazwać go waniliowym kolorem. W każdym razie na pewno jest apetyczny. Wykończenie lakieru jest kremowe, pastelowe. Brak drobinek. Idealny na wiosnę. 

PĘDZELEK:

Pędzelek jest wąski i krótki, ponieważ sama buteleczka jest niewielkich rozmiarów, mimo to rozmiar pędzelka nie utrudniał aplikacji.



KONSYSTENCJA / KRYCIE:

Konsystencja lakieru jest dosyć rzadka i nieco rozlewa się na skórkach. Sam fakt rzadkości lakieru nie spędza mi snu z powiek, z czasem na pewno zgęstnieje. Jednak niestety jego krycie jest bardzo problematyczne. Smuży jak jasna cholera. Do ładnej, jednolitej całości potrzebowałam 3 grubszych warstw, a i tak gdzieniegdzie były prześwity. Domyślam się, że te kolory po prostu już tak mają, i jak chce się mieć takie jasne, pastelowe paznokcie to trzeba pocierpieć. Końcowy efekt bardzo mi się podoba, dlatego jeszcze nie raz po niego sięgnę.

TRWAŁOŚĆ:

Lakier ten zmyłam po 4 dniach, bez widocznych odprysków. Na prawdę całkiem nieźle mi się nosił, i trwałość moim zdaniem całkiem niezła jak na lakier z niższej półki.



Dłonie z takimi paznokciami ładnie się prezentują, za pewne z opalenizną też świetnie będą się ładnie komponować. Lubię takie kolory, takie kremowe wykończenia, gdyby tylko tak nie smużyły to moje życie było by piękniejsze i łatwiejsze. Muszę przyznać, że polubiłam się z lakierami MIYO, można wśród nich znaleźć prawdziwe perełki.


A Wy lubicie się z MIYO?

Organizacja mojej toaletki

8 maja 2014 50 komentarzy
Moim ogromnym marzeniem oprócz własnego mieszkania, było posiadanie dwóch rzeczy: przeogromnej garderoby oraz swojej toaletki. Niestety z garderoby musiałam zrezygnować, nie mam miejsca, ale za to nareszcie dorobiłam się własnej toaletki. Łatwo nie było, ponieważ tutaj też z miejscem było krucho. Przez ostatni rok w sypialni mieliśmy małego współlokatora, jednak oboje z mężem doszliśmy do wniosku, że już czas naszą córkę wyeksmitować do jej własnego pokoju. W nagrodę za tą decyzję mąż sam zaproponował umieszczenie na miejscu łóżeczka małej, moją toaletkę. Ile ja inspiracji się naszukałam w internecie... Suma sumarum padło na biurko MICKE dostępne w Ikei. Niestety toaletka Malm już by się nie zmieściła, jest za szeroka. Natomiast biurko MICKE pasuje idealnie i póki co świetnie sprawdza się jako toaletka.




Na blacie stoją: lusterko, lampka ( nie miałam możliwości postawienia toaletki na przeciwko okna), pędzle (tylko dla potrzeb zdjęcia, generalnie, aby nie kurzyły się są w szafce) cały zbiór perfum (aż 3 flakony) i bardzo słynny organizer z Biedronki, który jest bardzo wygodny i poręczny.


A tak z bliska prezentuje się organizer z Biedronki. Trzymam w nim wszystkie pomadki, kilka błyszczyków, podkłady, krem z SPF, eyeliner, wszystkie kredki i konturówki, bazę pod cienie i korektory.


W szufladzie znajduje się także przegródka na sztućce z Ikei, koszyczek z Pepco, a w nich: cienie pojedyncze, róże, bronzer, puder, paletki, tusze do rzęs, eyeliner w pisaku, produkty do ust, które nie zmieściły się do organizera, a także mniej używane pierdółki. Musicie przyznać, że nie jest to zatrważająca ilość kosmetyków. Owszem kilka mam róży, ale z pudrami jestem w zasadzie na bieżąco, bronzer mam jeden, bo do kulek z Avonu się nie przekonałam. Cieni też nie jest dużo, wszystkich używam. Z tuszami do rzęs też nie przesadzam, nie lubię jak leżą nieużywane, bo szybko kończy im się ważność. Jedynie mogę przyznać się, że sporo mam produktów do ust, dlatego odpuściłam sobie aktualną promocję w Rossmannie.


Szufladę obok zajmują moje wszystkie lakiery do paznokci. Dużo? Dla mnie w sam raz. Po aktualnej promocji w Rossmannie już nie planuję żadnych lakierowych zakupów do końca roku. (haha ciekawa jestem, czy mi się uda) Tak, tak, dobrze widzicie, Essie jest najwięcej.


W szafce trochę biżuterii, a także kilka mniej reprezentatywnych produktów. Zapewne z czasem zapanuje tu większy chaos, jest jeszcze sporo wolnego miejsca. 

Tak prezentuje się moja wymarzona toaletka, w której znajdują się wszystkie moje produkty do makijażu. Moim zdaniem kolekcja mała nie jest, ale duża na pewno też nie. 

Makijaż inspirowany stylem PIN UP

6 maja 2014 30 komentarzy
Długo nie prezentowałam Wam żadnego makijażu. Czas nadrobić zaległości. Ostatnio coraz częściej przekonuję się do mocniejszych, bardziej wyraźnych ust. W weekend postanowiłam wykonać makijaż, gdzie pierwsze skrzypce miały grać właśnie czerwone usta. Jak szaleć to szaleć, dlatego dodałam także czarną, mocną kreskę i wyszedł makijaż à la pin up. Ten styl zupełnie nie pasuje mi na co dzień. Jednak  w weekendy, lub na wieczorne wyjścia, czemu nie? Pewnie jednak znajdą się dziewczyny, które lubią styl pin up także i na co dzień.





Użyte kosmetyki:
- podkład: Max Factor, Smooth Effect Foundation 50 natural
- puder: Rimmel, Stay Matte 006 warm beige
-baza pod cienie: Kobo
-cień :Emite Make Up, Micronized eye shadow- kolor nect
-tusz: Lovely Curling Pump up
-usta: Bell Tint, The Body Shop szminka


Proszę o wyrozumiałość, modelka ze mnie żadna ;-) Dajcie znać, czy Wam się podoba oraz czy chcecie więcej takich inspiracji?

Co warto kupić w Rossmannie? Ostatni tydzień promocji

4 maja 2014 40 komentarzy
Wielkimi krokami zbliża się ostatni tydzień, które proponuje nam Rossmann. W tym tygodniu -49% można dostać produkty do ust oraz do paznokci. Dla tych, którzy jeszcze nie mają sprecyzowanych planów zakupowych, podpowiadam, co warto kupić -49%. Nie posiadam wiele szminek, ani błyszczyków, wszystko moim zdaniem w granicach rozsądku. Żadna z tych rzeczy, którą Wam pokażę nie będzie w promocji kosztować więcej niż 20 zł. 

Szminki, które polecam i uważam, że warto kupić taniej, to:

Maybelline, Color Sensational
Maybelline, Color Whisper Lipstick
Rimmel, Lasting Finish Lipstick
Rimmel, Lasting Finish Lipstick By Kate Moss




Kolory, które ja posiadam to:

Maybelline, Color Whisper Lipstick 130 pink possibilities różowy koral, delikatny, pół transparentny kolor 

Maybelline, Color Sensational 540 hollywood red głęboka, wiśniowa czerwień, wpadająca w bordowy kolor

Rimmel, Lasting Finish Lipstick By Kate Moss nr 16, prezentowałam Wam ją tutaj, większość orzekła, że jest to różowy kolor, jednak dalej uparcie twierdzę, że ma więcej pomarańczowych tonów, niż różowych

Rimmel, Lasting Finish Lipstick 070 Airy Fairy- słynny kolor w całej blogosferze i na YT, mnie ten kolor idealnie pasuje i noszę ją najczęściej, brudny róż, na moich ustach wygląda bardzo naturalnie

Nie polecam Wam konkretnych kolorów (jedynie pokazuję, które posiadam), chciałam zwrócić Waszą uwagę na konkretnie te produkty do ust, ponieważ nie żałuję ich kupna na poprzedniej promocji -40%. Wszystkie te powyższe serie mają bogaty wybór kolorów, każdy coś może znaleźć dla siebie. Pomadki te nie należą do drogich, ale są dobrej jakości. Nie są super trwałe, ale te droższe nie są wcale trwalsze. Podoba mi się w nich ich miękkość. Wszystkie gładko się aplikuje, nie wysuszają zbytnio moich ust, ani nie podkreślają suchych skórek.

Lakiery, które polecam i uważam, że warto kupić:

Rimmel Salon Pro
Rimmel 60 seconds
Miss Sporty
Maybelline Colorama


Kolory na zdjęciu:

Rimmel Salon Pro, 705 reggae splash 
Rimmel 60 seconds, 415 instyle coral można zobaczyć tutaj
Miss Sporty, clubing colours, 320
Maybelline Colorama Lilac Feeze 86

Powyższe lakiery są moimi ulubionymi, które można dostać w Rossmannie. Ja osobiście wybieram się po Rimmel Salon Pro, ale jeszcze nie wiem na jakie kolory się zdecyduje. Wszystkie lakiery dobrze mi służą, należą do dosyć trwałych.

A Wy co planujecie kupić?

Wibo- Blue Lake Gel Like by Gosia, wiosenny błękit

2 maja 2014 44 komentarze
Nie wiem jaka jest u Was pogoda za oknem, u mnie jest zimno, ponuro i pochmurnie. Mam nadzieję, że Ci, którzy wyjechali mają ładną pogodę, a dla tych, którzy zostali, przygotowałam post. Dziś przychodzę do Was z lakierem, który był dostępny w zeszłym roku- jako edycja limitowana- Wibo- Blue Lake Gel Like by Gosia. Nie mam zamiaru Was kusić tym lakierem, skoro jest już niedostępny, jednak chciałabym dodać swoje 3 grosze na jego temat, być może komuś ułatwię pracę z nim.


KOLOR:

W buteleczce wydaje się być łatwy do zdefiniowania- błękit, jasny niebieski. Jednak na paznokciach można się dopatrzeć także nutki turkusu, na szczęście odcień zieleni nie dominuje w tej emalii, dlatego nie nazwałabym tego koloru na pewno miętą. Dla mnie ten kolor jest idealny na tą porę roku, z resztą wspominałam Wam o nim już w poście o lakierach do paznokci na wiosnę. Emalia ta posiada delikatny, niebieski shimmer, natomiast na paznokciach jest on prawie w ogóle niezauważalny.


PĘDZELEK:

Pędzelek dołączony do lakieru jest wąski, niemniej jednak nie utrudniał aplikacji, choć wolę szersze, i w tym wypadku, myślę, że szeroki pędzelek mógłby się lepiej sprawdzić.

KONSYSTENCJA / APLIKACJA:

Wibo- Blue Lake Gel Like, czyli lakier o żelowej formule jest bardzo gęsty, przez to bardzo oporny w aplikacji. Mój pierwszy raz z tą emalią był bardzo trudny i mocno się do niego zraziłam. Za drugim razem podeszłam do niego z dystansem, dlatego łatwiej było mi z nim pracować. Przede wszystkim należy pamiętać, że aplikacja jego wymaga więcej czasu niż przeciętnego lakieru. Nie radzę malować nim paznokci na ostatnią chwilę, tuż przed wyjściem. Zarezerwuj sobie i dla niego godzinkę czasu. Dwie pierwsze warstwy muszą być cieniutkie oraz przeschnięte. Po dwóch warstwach dalej będą smugi i prześwity. Nie martw się, grubsza trzecia warstwa powinna temu zaradzić. Następnie nałóż sprawdzony wysuszacz. Jednak to nie wszystko, radziłabym odczekać dobre 10 minut i dopiero zabrałabym się za inne zajęcie.

TRWAŁOŚĆ:

Nie wykonywałam ciężkich prac porządkowych nosząc ten lakier, tak więc nie przetestowałam go w ekstremalnych warunkach. U mnie wytrzymał około 3 dni zanim zaczął odpryskiwać. Lakiery Wibo nie należą do najtrwalszych (według mnie), dlatego nie spodziewałabym się po nim jakichś rewelacji.


Jeśli chodzi o formułę tego lakieru to w ogóle nie przypadła mi do gustu, która ma imitować żelowe wykończenie. Według mnie każdy lakier pokryty dobrym top coat'em ma takie ładne, lśniące wykończenie. Na całe szczęście z tej serii skusiłam się tylko na ten jeden kolor. Kolor jest naprawdę fajny, warto mieć go w swoich zbiorach, ponieważ bardzo świeżo i delikatnie się prezentuje. Idealny na wiosnę, bo moim zdaniem błękit rządzi w tym roku na paznokciach.

Macie ten lakier w swoich zbiorach? Co sądzicie o jego formule?






SZABLON BY: PANNA VEJJS.